sobota, 10 maja 2014

Szesnaście

*perspektywa Anny Drzyzgi*

   Idealnie skrojona i uszyta śnieżnobiała suknia z koronkowym gorsetem oraz długi welon z również koronkowym ornamentem. W rogu pomieszczenia czekały na mnie białe dziesięciocentymetrowe szpilki i zawieszona na krześle krwistoczerwona róża na opasce, które spocznie na moim przegubie.
   Warstwy materiału okalały moje ciało z niesamowitą delikatnością, mimo swojej niemałej masy, więc czułam się swobodnie i nie miałam problemu z wykonywaniem ruchów.
   Uśmiechnęłam się do swego odbicia w ogromnym lustrze. Nigdy w życiu nie czułam się tak pięknie i kobieco. Pierwszy raz w życiu widziałam w sobie stuprocentową postać żeńską. Na moim ciele nie było śladu siniaków powstałych w czasie treningu, czy nieprzespanej nocy pełnej niemiłych wrażeń.
- Gotowa? - usłyszałam głos Natalii, żony naszego świadka.
- Zdecydowanie nie. Też miałaś tyle wątpliwości w dniu swojego ślubu?
- Oczywiście. Najwięcej było, jak miałam wymówić regułkę. Myślałam, że ucieknę sprzed ołtarza!
- Chciałaś uciec sprzed ołtarza?!
- Przebiegło mi to przez myśl tysiące razy!
- To mnie pocieszyłaś! Jak cholera...
   Do pokoju wbiegła moja świadkowa, partnerka Fabiana. Ubrana w beżową sukienkę i umówione wcześniej czerwone dodatki. Szybko poprawiła fryzurę i wyszczerzyła zęby.
- Idziemy, Anka! Twój wielki dzień!
- Żebym tylko znów nie stchórzyła...
- Dasz radę, śliczna.
   Poklepała mnie energicznie po ramieniu i pociągnęła w stronę wyjścia.

*perspektywa Nikołaja Penczewa*

   Stałem przed ołtarzem, wpatrując się w wejście do kościoła. W życiu nie byłem tak skitrany. To już nie był strach, to była chęć ucieczki. Kochałem ją, a jednak świadomość, że zwiążę się z nią na całe życie, mnie przerażała. Szkoda, że nie pomyślałeś o tym wcześniej, Penchev.
   Zerknąłem na Alka i jego wyróżniający się, bo czerwony, krawat.
- Anka zamierza zjawić się na swoim ślubie? - mruknął.
- Weź mnie nie strasz jeszcze bardziej. Zaraz zaczną mi się ręce trząść.
- Wyluzuj. Żartowałem. Na pewno zaraz będą.
   Bocznym wejściem do świątyni weszła Monika, nasza świadkowa i skinęła głową. Zaraz będzie.
   Rozbrzmiały organy, a moim oczom ukazała się ona. Piękna, nieskazitelna niczym wymarzony anioł. Mój anioł stróż, który czuwa nade mną. Oby nie czuwał z góry już w najbliższym czasie.
   Wzięła pod ramię swego ojca, byłego siatkarza, a od lat specjalistę pewnej stacji telewizyjnej, której nazwy nie będę ujawniał, ponieważ wszyscy ją znają. Wolnym krokiem ruszyli w moją stronę, a ja już chciałbym mieć to za sobą, by móc odetchnąć i uspokoić bicie serca. Przejąłem wybrankę swojego serca i uścisnąłem dłoń przyszłego teścia. Nie ukrywam, że trochę przeraża mnie ten fakt, ale cóż.
- Wiesz, że to nie będzie "długo i szczęśliwie"? - wyszeptała mi na ucho.
- Przeżyjesz. Jestem tego pewny.
- Nikt nie może być tego pewny, nawet ja.
- Mi wszystko wolno - puściłem jej oko.
- Zobaczymy, jak będziesz miał obrączkę na palcu - zachichotała.
   Nie powiem, żeby w tym momencie nie wzbudziła we mnie wątpliwości. Sam tego chciałeś, Nikołaj, teraz już za późno na w tył zwrot.

Ja, Anna, biorę sobie Ciebie, Nikołaju, za męża
I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską
Oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.
Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci.

Ja, Nikołaj, biorę sobie Ciebie, Anno, za żonę
I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską
Oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.
Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci.

*perspektywa Piotra Nowakowskiego*

   Podczas przysięgi w oczach obojga można było zobaczyć przebłyski łez. Mama Ani, a równocześnie Fabiana i Tomka, zużyła w tym czasie chyba super-pudełko chusteczek higienicznych, z resztą rodzicielka Nikołaja nie była jej dłużna. Trochę mnie to bawiło... Do czasu, aż Olka nie szturchnęła mnie łokciem.
- Podaj mi torebkę, bo się zaraz osmarkam.
- Ty też?
- Przecież to taka wzruszająca chwila!
   Wywróciłem oczyma i podałem jej torebkę, a raczej czarną dziurę, bo jak coś tam wrzucisz to już nie znajdziesz, człowieku! Jak one w ogóle coś stamtąd odzyskują? Tam się mieści tyle rzeczy, że jeszcze się dziwię, jakim cudem Ola samochodu tam nie ma.

*perspektywa Matta Andersona*

   Ostatnia pieśń. Wszyscy powoli zaczęli wychodzić z kościoła, gdy na zewnątrz znalazła się Para Młoda posypał się ryż oraz miliony groszy. Nie powiem, żeby największej frajdy z tego nie mieli siatkarze Asseco Resovii oraz kilku innych siatkarzy związanych z polską ligą siatkówki oraz reprezentacją Polski, z resztą bardzo dobrą i ciężką do ogrania.
   Potem było składanie życzeń. Długa kolejka, co najmniej trzy języki krążące wśród gości oraz Alek biegający od Pary Młodej do samochodu z tysiącami kwiatów. Śmiech, miłe słowa oraz szczere "Dziękuję" rozbrzmiewały wszędzie.
- Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia, Kochani - przytuliłem ich obojga.
- Dziękujemy. Bardzo się cieszymy, że przyjąłeś zaproszenie na uroczystość i...
- I na to, co się potem stanie, za co nie odpowiadamy - zaśmiała się Ania.
- Dzięki, że w ogóle je dostałem, a przyszedłem z wielką radością.
- To również nas cieszy - Niki puścił mi oko.
- Jak postawisz to będziemy mogli mówić o niepohamowanej radości.
- Poczekaj jeszcze chwilkę.
- Dobrze, dobrze. To ja się ulotnię i widzimy się na sali.
- Do zobaczenia.


Dziś krótko, bo brak weny, a musiałam pisać ten rozdział na żywioł.

#TeamMatt właśnie idzie spalić mnie na stosie.
Ja to wiem.

Mogłoby się tu znaleźć więcej komentarzy.

Nie mam dziś wiele do napisania, co Was pewnie cieszy.
Jestem nieznośna czasami. Często. Zawsze.
Pomińmy to.

Pozdrawiam, Zuza.

piątek, 2 maja 2014

Piętnaście

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment,
w którym musi zrobić porządny rachunek sumienia.
Nie zawsze jest to przymus,
czasami to po prostu wewnętrzna potrzeba.
Zamyka się wtedy w czterech ścianach,
nie dopuszcza do siebie niczego z zewnątrz,
potrzebuje ciszy i spokoju,
by samego siebie rozliczyć ze wszystkich dotąd przeżytych lat, miesięcy, dni, godzin i sekund.
Potrzebuje chwili zupełnej harmonii.
Nie interesują go wtedy problemy polityczne ojczyzny.
Liczy się tylko on, jego myśli i serce,
które przewodzi całemu procesowi jednoczenia swojej osoby.

U każdego występują chwile zwątpienia.
Najczęściej podczas podejmowania ważnych decyzji.
Wtedy należy wykonać krok do przodu,
bo nigdy nie należy się cofać.
Po upływie czasu lepiej żałować,
że się spróbowało, niż że pozostało się w miejscu.

Życie jest od tego,
żeby uczyć się na błędach:
swoich i cudzych.
Choć nauka z własnych przychodzi nam lepiej.
W ten sposób zdobywamy doświadczenie
i pokorę...

*perspektywa Anny Drzyzgi*

   Było mi cholernie wstyd. Nie przed księdzem, bo to byłoby głupstwo, lecz przed samym Bogiem. Na Mszy Świętej ostatni raz byłam parę miesięcy po bierzmowaniu, a do konfesjonału podchodziłam przed przyjęciem sakramentu. Jestem wierząca, ale nie miałam czasu na uczęszczanie na nabożeństwa, bo jak nie mecz to zgrupowanie, a czasem nawet w święta nie mogłam się zebrać na wygospodarowanie sobie wolnej godziny.
   Odklepałam początkową regułkę, którą o dziwo pamiętałam. Nadeszła pora na wyznanie grzechów. Nie powiem, krótka lista to to nie była, dlatego wszystko wypisałam sobie na kartce. Odczytywanie tych wypocin zajęło mi dobre dwadzieścia minut, a na dobrą sprawę w ogóle mi nie ulżyło.
- Dlaczego uciekłaś przed stawieniem czoła problemom? - usłyszałam głos młodego duchownego.
- Bo jestem tchórzem. Zwykłym tchórzem, który chce, by najbliżsi cieszyli się jej szczęściem, mimo tego, iż może być ono bardzo krótkie.
- Powiedz im wszystko. Spróbuj.
- Próbowałam, ale za każdym razem głos odmawiał mi posłuszeństwa. Nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Z rodziny wie tylko jeden z moich braci, a spoza niej przybrany brat, przyszły mąż i... I człowiek, z którym mogło mnie wiele połączyć.
- Ojciec twojego nienarodzonego dziecka?
- Dokładnie. Na moje nieszczęście lub szczęście, bo tego nie da się zdefiniować, teraz mieszka w tym samym mieście i bardzo często się widujemy. Nadal go kocham, ale nie potrafię na niego spojrzeć bez świadomości, że to jego dziecko straciłam.
- To musi być bardzo nieprzyjemne.
- Mało powiedziane, proszę księdza, mało powiedziane... To jest okropne uczucie. Tylko ja nie potrafię żyć, nie wiedząc, co u niego się dzieje. Muszę mieć pojęcie o miejscu jego pobytu... Chociaż tyle.
- Masz rozdarte serce pomiędzy tymi dwoma mężczyznami?
- Nie. Kocham ich obu, ale tylko z jednym jestem w stanie stworzyć udany związek i właśnie próbuję to zrobić.
- Żałujesz swoich grzechów?
- Tak, ale nie wszystkich. Gdybym niektórych nie popełniła, nie byłoby mnie tutaj. Nie spotkałabym tylu wspaniałych ludzi i nie byłoby między nami tak niesamowitych relacji.
- Jednakże powinno się żałować.
- Ale ja nie potrafię. Nigdy nie będę w głębi duszy żałowała tego, iż w taki, a nie inny, sposób poznałam ojca mojego nienarodzonego dziecka. Gdyby nie to, mogłabym nie szykować się teraz do ślubu, bo nadal bym się wahała, a choroba i tak by mnie dopadła. Nie lubię gdybać, ale taka prawda.
- Najważniejsze, że jesteś szczera i potrafisz przyznać się do błędów.
   Odetchnęłam z ulgą. Trafiłam na ludzkiego człowieka w sutannie.
- Dostanę rozgrzeszenie?
- Oczywiście. Dawno nie trafił mi się po drugiej stronie nikt tak szczery i zdeterminowany w tym, by je dostać.
- Determinację chyba mam we krwi. Szczególnie tej pozostawionej na boisku.
- Aż tak krwawy sport, ta siatkówka? Bo szczerze mówiąc nie zauważyłem.
- Zdarza się.
- To musiałaś się nieźle nacierpieć.
- Teraz będę jeszcze bardziej, niestety.

Szczerość popłaca?
Najwyraźniej, choć nie zawsze.
Jednakże kłamstwo ma krótkie nogi
i, prędzej czy później, wychodzi na jaw.
Z impetem lub bez.

Nie oszukujmy się, bo nie warto.
Po co potem kłócić się o powody kłamstwa?
Czasami mijamy się z prawdą,
posługujemy się "dobrym" kłamstwem,
lecz czy ono istnieje?
Czy coś złego może być dobre?
Paradoksalnie tak.
W rzeczywistości chyba nie.

Pamiętajmy!
Bądźmy miłosierni i tolerancyjni,
bo za to dostaniemy nagrodę w niebie.
Władca Wszechświata nam to wynagrodzi.
Za zło i kłamstwo zostaniemy skazani na wieczne potępienie
lub wieki męki i bólu.


Dziś troszeczkę inna wersja rozdziału.
Nieplanowana, ale mam nadzieję, że da Wam do myślenia.
W żaden sposób nie bawię się w świętą lub coś w tym rodzaju,
ale niedawno naszło mnie na takie rozmyślania i chciałabym,
żebyście też spróbowali.

Dzięki temu, że rozbiłam na dwie części ten rozdział
i jego kolejna część będzie za tydzień w postaci następnego,
będziemy ze sobą tutaj o tydzień dłużej.
Aczkolwiek i tak pożegnamy się na przełomie maja i czerwca.
Nie jestem w stanie tego ciągnąć dłużej,
choć i tak jesteśmy tutaj spory szmat czasu.

Żeby nie żegnać się z Wami definitywnie
prowadzę jeszcze opowiadanie z Wroną,
które odnajdziecie na samym dole tego rozdziału
i również bloga w zakładce "Moje opowiadania".

Oby pod tym rozdziałem znalazło się tyle samo komentarzy,
co pod poprzednim!
Bardzo Wam za to dziękuję.

Teraz jest tego jeszcze więcej, ale bardzo dziękuję!
Może dla niektórych to mało, ale dla mnie to wyróżnienie :)
Pozdrawiam, Zuza.