piątek, 16 maja 2014

Siedemnaście

*perspektywa Nikołaja Penczewa*

   Na korytarz wbiegł Fabian. Pędził, jak oszalały. Pewnie zmęczył się bardziej niż na niejednym treningu, bo schody rzeszowskiego szpitala były liczne i dość niewygodne do przejścia dla kogoś ponad przeciętnego w skali wzrostu. Jego tętno pewnie teraz rozwalało mu żyły i tętnice, a w zaniepokojonym wzroku można było wyczuć poddenerwowanie.
- Co się stało? - padł, jak Pluto z "Myszki Miki" na krzesełko obok mnie.
- Zasłabła rano. Na początku spanikowałem, ale potem zdołałem zadzwonić na pogotowie i wylądowaliśmy tutaj.
- Jak dobrze, że nie była sama.
- Tyle szczęścia. Fabian - dodałem po chwili - ona już się poddała. Chce się ze wszystkimi żegnać i... I ja... Ja nie wiem, jak jej to wybić z głowy.
- Co za osioł! Uparta, jak trzeba i jeszcze gorzej... - wywrócił oczyma. - Zawsze stawiała na swoim, ale nie tym razem. Oj nie. Już ja tego dopilnuję.
- Co chcesz zrobić? Do niczego siłą jej nie zmusisz. Przecież nie powiesz jej, że musi zmienić podejście, bo i tak tego nie zrobi.
- Założymy się? Jeszcze ją przekonam, a co! - w jego głosie było słychać pewność. Wyraźną pewność. - Nie będzie mi się tu poddawać. Nie może... Nie teraz... A przede wszystkim nie ona...
- Tysiące razy jej to mówiłem, ale ona mnie nie słucha albo nie chce słyszeć.  Krzyczy na mnie, warczy, obraża się, trzaska drzwiami i wychodzi z mieszkania, a potem... A potem godzinami milczy. Zamyka się w sobie i nie dopuszcza nikogo. Jakby zastanawiała się nad tym wszystkim i, gdy już myślę, że ją przekonałem, ona znów powtarza, że to koniec.
- Nie tak sobie wyobrażałeś małżeństwo, co Penchev?
- Wiedziałem w co się pakuję. Chciałem ją uszczęśliwić, ale choroba mi w tym przeszkodziła, jak widać bardzo skutecznie. Kocham ją i będę z nią do końca bez względu na jej podejście. Wiem, że nie będzie łatwo, ale skoro we Włoszech sobie poradziła to i tu sobie poradzi.
- O czym ty mówisz? Co takiego stało się we Włoszech?
- Kurwa... Miała rację. Ty o niczym nie masz pojęcia.
- Ale o czym?
- Trzeba było się ugryźć w język - syknąłem po bułgarsku pod nosem. - Ona nie zerwała z Santiago tuż przed wyjazdem.
- To chyba dobrze, że wcześniej, nie?
- Zależy, jak to rozumieć... On nie żyje. Zginął w Afganistanie.
- Matko... - przetarł twarz rękoma. - Dlaczego ona mi o tym nie wspomniała? Ani mi, ani Tomkowi, Piotrkowi czy rodzicom...
- Bała się, wstydziła... Trudno było jej się otworzyć przed bliskimi. Trudno było jej wyznać prawdę. Stoczyła miliony wewnętrznych walk, ale za każdym razem kapitulowała. Mi wyznała to zanim byliśmy parą. Wtedy nie wiedziała, że coś do niej czuję, że chcę by była tą jedyną i że to wszystko się tak skończy.
- Kiedy on zginął?
- Dwa lata temu...? Chyba tak. Czemu pytasz?
- Przez dwa lata nas kantowała, bo bała się wyżalić? Siedziała we Włoszech i żaden pieprzony makaroniarz nie zainteresował się jej życiem prywatnym? Przecież była jedną z lepszych atakujących tamtejszej ligi. Nikt nie przechodził koło niej obojętnie na hali. Do jasnej cholery!
- Nigdy nie mówiła o życiu prywatnym. Zawsze go broniła i po prostu odpuścili takie pytania, bo wiedzieli, że i tak nie odpowie. Nikt nie wiedział o tym, że on nie żyje tak samo, jak nikt nie miał pojęcia, że on ją bije.
- Co za bydle...
- A ona go broniła... Rozumiała jego zachowanie.
- Co tu jest do rozumienia? Ta świnia podniosła rękę na moją siostrę!
- Zaczął po Iraku. Zmieniła go wojna.
   Z sali wyszedł lekarz. Poinformował nas o stanie Ani i pozwolił nam do niej wejść.
   Leżała podłączona do aparatury. Przykucnąłem przy łóżku i czule pogłaskałem ją po dłoni. Obudziła się i zamrugała kilkakrotnie. Kąciki jej ust uniosły się lekko.
- Nikołaj... - dotknęła mojego policzka. - Cieszę się, że jesteś.
- Przepraszam, że cię obudziłem.
- Miałabym ci za złe, gdybyś tego nie zrobił. Cześć, brat.
- Hej - odmruknął.
   Spojrzała na mnie zdezorientowana. Czułem, że moje oczy wyglądają teraz, jak u więźnia. To przeze mnie i mój za długi język, tak ją potraktował.
- Cześć, Pit - wyszczerzyła się do Nowakowskiego, który nagle stanął w progu pomieszczenia.
- Cześć, Ślicznotko.
- Jakiś ty czarujący, Piter! Szkoda tylko, że mój braciszek nie podziela twoje entuzjazmu.
- Oszukiwałaś nas przez dwa lata i mam ci za to dziękować?
- O czym ty mówisz? - Piotrek zmierzył go wzrokiem.
   Zerknęła w moją stronę. Skinąłem głową. "Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina...".
- Nie będę ci tego teraz tłumaczyć, rozumiesz?
- A kiedy? Na pogrzebie?
- Widzisz? - szturchnęła mnie. - On też sądzi, że to koniec!
- To nie jest żaden koniec!
- Niki ma rację. Będziesz żyć dalej i jeszcze zatańczysz ze mną na mym weselichu - Pit podszedł do aparatury i zaczął się jej uważnie przyglądać.
- Ja umieram, a ty uważaj, bo jeszcze tam coś odczytasz.
- Nie umierasz. Kiedy to w końcu do ciebie dotrze? - wręcz warknąłem.
- Nie dotrze. Mam w sobie bombę z opóźnionym zapłonem. Odbezpieczony granat, który w każdej chwili może wybuchnąć... - zacisnęła powieki. - Zaproście na pogrzeb Ivana.
- Do jasnej cholery, nie umierasz ośle! - tym razem Fabian stracił nad sobą kontrolę.
- Dajcie jej spokój - wtrącił Piter. - Do niczego jej nie zmusicie. Nasza Ania to twarda sztuka i nie zagniecie tej damskiej wersji Zaytseva.
- Dzięki. Nie zamierzam z wami dyskutować na takie tematy, dobra? Spędźmy te moje ostatnie dni w zgodzie, a nie skacząc sobie do gardeł.
- Kocham cię - mruknąłem i cmoknąłem ją w szyję.
- Też cię kocham.
- Ja lecę. Muszę coś załatwić. Do zobaczenia - powiedział pospiesznie Drzyzga i wyszedł.
   Anka zerknęła na Nowakowskiego zdziwiona, a on w odpowiedzi przymknął oczy i pokręcił głową.
- Im dłużej mieszkamy osobno, tym częściej nie rozumiem tego człowieka - westchnęła.
- To je Fabian, tego nie ogarniesz.
   Przytaknęła.

*perspektywa Matta Andersona*

   W sali był Piotrek i Nikołaj, ale Ania poprosiła ich, by poszli coś zjeść, bo siedzą u niej dosyć długo. Kazała mi usiąść koło szpitalnego łóżka. Przywitałem ją całusem w czoło i, szczerząc się, jak ostatni głupek, wykonałem polecenie.
- Jest bardzo źle?
- Wiesz... Od dłuższego czasu nie jest najlepiej. Pytanie tylko, jak długo jeszcze to choróbsko będzie bawiło się ze mną w kotka i myszkę.
- Dasz radę. Jestem tego pewien.
- A ja nie bardzo... Niestety.
- Jesteś silna. Wytrzymałaś we Włoszech. Każdego razu, cierpisz, gdy mnie widzisz, ale dajesz radę. To raka nie pokonasz?
- Tylko to nie jest ból po zerwaniu mięśnia... Ten ból się nie kończy i jest nie tylko fizyczny. Rak niszczy twoją podświadomość, psychikę. Niszczy ciebie.
- A moglibyśmy trochę inaczej spędzić ten czas?
- Nie na rozmowie o nowotworze? - pokiwałem głową. - Mi pasuje.
- To co? Powspominamy co nieco? - puściłem jej oko.
   Uśmiechnęła się i pokiwała głową ochoczo.

Pierwotnie w tym rozdziale była masa lania wody,
ale chciałam Wam tego oszczędzić, mimo iż mnie nienawidzicie.
W części oczywiście.

KOMENTUJCIE, to motywuje. Dodaje weny. Pomaga.
Każdy komentarz to cegiełka budująca moją wenę.
Mam napisane już wszystkie rozdziały, ale podczas przepisywania je modyfikuję.
Tak tylko chciałam wspomnieć.

"Łotwa! Co? 3:0!"
Przeciwnik może nie najwyższych lotów,
ale każde zwycięstwo cieszy.
Można to było zauważyć na przykładzie Boćka,
który szczerzył się, jakby już medal MŚ dostał.

Pozdrawiam, Zuza.

| WRONA |

sobota, 10 maja 2014

Szesnaście

*perspektywa Anny Drzyzgi*

   Idealnie skrojona i uszyta śnieżnobiała suknia z koronkowym gorsetem oraz długi welon z również koronkowym ornamentem. W rogu pomieszczenia czekały na mnie białe dziesięciocentymetrowe szpilki i zawieszona na krześle krwistoczerwona róża na opasce, które spocznie na moim przegubie.
   Warstwy materiału okalały moje ciało z niesamowitą delikatnością, mimo swojej niemałej masy, więc czułam się swobodnie i nie miałam problemu z wykonywaniem ruchów.
   Uśmiechnęłam się do swego odbicia w ogromnym lustrze. Nigdy w życiu nie czułam się tak pięknie i kobieco. Pierwszy raz w życiu widziałam w sobie stuprocentową postać żeńską. Na moim ciele nie było śladu siniaków powstałych w czasie treningu, czy nieprzespanej nocy pełnej niemiłych wrażeń.
- Gotowa? - usłyszałam głos Natalii, żony naszego świadka.
- Zdecydowanie nie. Też miałaś tyle wątpliwości w dniu swojego ślubu?
- Oczywiście. Najwięcej było, jak miałam wymówić regułkę. Myślałam, że ucieknę sprzed ołtarza!
- Chciałaś uciec sprzed ołtarza?!
- Przebiegło mi to przez myśl tysiące razy!
- To mnie pocieszyłaś! Jak cholera...
   Do pokoju wbiegła moja świadkowa, partnerka Fabiana. Ubrana w beżową sukienkę i umówione wcześniej czerwone dodatki. Szybko poprawiła fryzurę i wyszczerzyła zęby.
- Idziemy, Anka! Twój wielki dzień!
- Żebym tylko znów nie stchórzyła...
- Dasz radę, śliczna.
   Poklepała mnie energicznie po ramieniu i pociągnęła w stronę wyjścia.

*perspektywa Nikołaja Penczewa*

   Stałem przed ołtarzem, wpatrując się w wejście do kościoła. W życiu nie byłem tak skitrany. To już nie był strach, to była chęć ucieczki. Kochałem ją, a jednak świadomość, że zwiążę się z nią na całe życie, mnie przerażała. Szkoda, że nie pomyślałeś o tym wcześniej, Penchev.
   Zerknąłem na Alka i jego wyróżniający się, bo czerwony, krawat.
- Anka zamierza zjawić się na swoim ślubie? - mruknął.
- Weź mnie nie strasz jeszcze bardziej. Zaraz zaczną mi się ręce trząść.
- Wyluzuj. Żartowałem. Na pewno zaraz będą.
   Bocznym wejściem do świątyni weszła Monika, nasza świadkowa i skinęła głową. Zaraz będzie.
   Rozbrzmiały organy, a moim oczom ukazała się ona. Piękna, nieskazitelna niczym wymarzony anioł. Mój anioł stróż, który czuwa nade mną. Oby nie czuwał z góry już w najbliższym czasie.
   Wzięła pod ramię swego ojca, byłego siatkarza, a od lat specjalistę pewnej stacji telewizyjnej, której nazwy nie będę ujawniał, ponieważ wszyscy ją znają. Wolnym krokiem ruszyli w moją stronę, a ja już chciałbym mieć to za sobą, by móc odetchnąć i uspokoić bicie serca. Przejąłem wybrankę swojego serca i uścisnąłem dłoń przyszłego teścia. Nie ukrywam, że trochę przeraża mnie ten fakt, ale cóż.
- Wiesz, że to nie będzie "długo i szczęśliwie"? - wyszeptała mi na ucho.
- Przeżyjesz. Jestem tego pewny.
- Nikt nie może być tego pewny, nawet ja.
- Mi wszystko wolno - puściłem jej oko.
- Zobaczymy, jak będziesz miał obrączkę na palcu - zachichotała.
   Nie powiem, żeby w tym momencie nie wzbudziła we mnie wątpliwości. Sam tego chciałeś, Nikołaj, teraz już za późno na w tył zwrot.

Ja, Anna, biorę sobie Ciebie, Nikołaju, za męża
I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską
Oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.
Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci.

Ja, Nikołaj, biorę sobie Ciebie, Anno, za żonę
I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską
Oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.
Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci.

*perspektywa Piotra Nowakowskiego*

   Podczas przysięgi w oczach obojga można było zobaczyć przebłyski łez. Mama Ani, a równocześnie Fabiana i Tomka, zużyła w tym czasie chyba super-pudełko chusteczek higienicznych, z resztą rodzicielka Nikołaja nie była jej dłużna. Trochę mnie to bawiło... Do czasu, aż Olka nie szturchnęła mnie łokciem.
- Podaj mi torebkę, bo się zaraz osmarkam.
- Ty też?
- Przecież to taka wzruszająca chwila!
   Wywróciłem oczyma i podałem jej torebkę, a raczej czarną dziurę, bo jak coś tam wrzucisz to już nie znajdziesz, człowieku! Jak one w ogóle coś stamtąd odzyskują? Tam się mieści tyle rzeczy, że jeszcze się dziwię, jakim cudem Ola samochodu tam nie ma.

*perspektywa Matta Andersona*

   Ostatnia pieśń. Wszyscy powoli zaczęli wychodzić z kościoła, gdy na zewnątrz znalazła się Para Młoda posypał się ryż oraz miliony groszy. Nie powiem, żeby największej frajdy z tego nie mieli siatkarze Asseco Resovii oraz kilku innych siatkarzy związanych z polską ligą siatkówki oraz reprezentacją Polski, z resztą bardzo dobrą i ciężką do ogrania.
   Potem było składanie życzeń. Długa kolejka, co najmniej trzy języki krążące wśród gości oraz Alek biegający od Pary Młodej do samochodu z tysiącami kwiatów. Śmiech, miłe słowa oraz szczere "Dziękuję" rozbrzmiewały wszędzie.
- Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia, Kochani - przytuliłem ich obojga.
- Dziękujemy. Bardzo się cieszymy, że przyjąłeś zaproszenie na uroczystość i...
- I na to, co się potem stanie, za co nie odpowiadamy - zaśmiała się Ania.
- Dzięki, że w ogóle je dostałem, a przyszedłem z wielką radością.
- To również nas cieszy - Niki puścił mi oko.
- Jak postawisz to będziemy mogli mówić o niepohamowanej radości.
- Poczekaj jeszcze chwilkę.
- Dobrze, dobrze. To ja się ulotnię i widzimy się na sali.
- Do zobaczenia.


Dziś krótko, bo brak weny, a musiałam pisać ten rozdział na żywioł.

#TeamMatt właśnie idzie spalić mnie na stosie.
Ja to wiem.

Mogłoby się tu znaleźć więcej komentarzy.

Nie mam dziś wiele do napisania, co Was pewnie cieszy.
Jestem nieznośna czasami. Często. Zawsze.
Pomińmy to.

Pozdrawiam, Zuza.