piątek, 28 marca 2014

Jedenaście

*perspektywa Nikołaja Penczewa*

   Po parunastu dniach rozmów z Anią na temat naszego związku, a raczej samego jego istnienia, kolejnych spacerach otulonych rzeszowskim półmrokiem, dziesiątkach treningów i pierwszych ważnych meczach, podczas których po zaciętym tie-breaku granym na przewagi TwieRRdza Rzeszów została zdobyta przez zespół z Bełchatowa, nadeszło zakończenie jej rehabilitacji.
   Właśnie odprowadzałem ją na badania kontrolne do szpitala, a ona już próbowała oswoić mnie z myślą, że niedługo kupuje bilet lotniczy do Włoch i zniknie z mojego życia na długi czas. Zniknie fizycznie, ale w moim sercu zostanie na zawsze. Dobrze wie, że jest dla mnie bardzo ważna i że bardzo ją kocham, mimo wszystko. Mam nadzieję, że na długo zapamięta chwilę, w której powiedziałem, że dla niej jestem w stanie poświęcić wszystko i chcę, by jak to ona określiła, nieustannie mnie krzywdziła. To byłoby najpiękniejsze cierpienie w moim życiu.
- Słuchasz mnie w ogóle? - spytała, trącając mnie w ramię.
- Przyznam bez bicia, że nie. Przepraszam. Możesz powtórzyć?
- Matko, Nikołaj.
- Wystarczy samo "Nikołaj" - uśmiechnąłem się.
- Nie czaruj. Mówię serio. Idź na trening, a ja dam sobie radę. Przecież to nic trudnego! Pójdę na badania, poczekam na wyniki, które będą w ekspresowym tempie, a w razie jakichkolwiek wątpliwości zostanę parę godzin dłużej i wszystko będzie dobrze.
- Jesteś pewna? Jak się spóźnię parę minut to trener na bank zrozumie.
- Nie kuś losu. Zmykaj. Dziękuję za odprowadzenie i ogólnie za wszystko - pocałowała mnie w policzek.
- Dobrze... W takim razie uciekam. Oby wszystko było dobrze - przytuliłem ją.
- Musi. Do zobaczenia.
- Do potem - pomachała mi, wchodząc do gmachu szpitala.
   Powiodłem za nią wzrokiem i zwróciłem się w stronę hali, ruszając bez większego entuzjazmu.

*perspektywa Anny Drzyzgi*

   Zrobiłam wszystkie podstawowe badania i siedziałam w poczekalni, by dostać wyniki i udać się na konsultację lekarską. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i włączyłam Internet. Odpisałam kibicom i znajomym na wiadomości pozostawione w ryzach moich profili na portalach społecznościowych, podziękowałam wszystkim za życzenia powrotu do zdrowia i obejrzałam zdjęcia z ostatniego meczu Resovii i Skry. Przypomniała mi się krótka, zabawna pogawędka z Andrzejem Wroną i Karolem Kłosem, ponieważ Karcio wrzucił z nią filmik na swojego fan page'a. Ten to ma tysiąc głupich pomysłów w tej swojej farbowanej główce.
- Pani Drzyzga!
- Już idę - wstałam z krzesełka i, wyłączając przeglądarkę, włożyłam telefon do kieszeni.
- Zapraszam - rzekł młody lekarz, udostępniając mi przejście.
- Dziękuję.
- Proszę zająć miejsce.
   Wykonałam polecenie, uważnie mu się przyglądając.
- Może przejdziemy na "ty"? Nie lubię, gdy ktoś mówi do mnie "panie doktorze".
- Dobrze. Ania - wyciągnęłam ku niemu dłoń.
- Marcin - uścisnął ją. - Miło mi.
- Mnie również - złożyłam ręce i nerwowo zaczęłam wyłamywać wiecznie powybijane palce.
- Mam komplet twoich badań i przyznam, że chciałbym powtórzyć jedno z nich.
- Coś się stało? Coś ze mną nie tak? - spytałam przerażona.
- Tego się właśnie dowiemy.
- Czy to coś poważnego?
- Mam nadzieję, że nie - uśmiechnął się.
- Poza tym wszystko jest w porządku?
- W jak najlepszym. Powtórzymy jedno badanie i będziemy wiedzieć, czy moje przypuszczenia są trafne czy to tylko jakiś błędzik się wkradł - powiedział, wciąż przeglądając papiery.
- A jakie są twoje przypuszczenia?
- Dowiesz się, jak będą wyniki powtórzonego badania. Wszystko w swoim czasie, Słoneczko.
- Bez przesady.
- Przepraszam - zaśmiał się.
- Po prostu nie przeginaj. Przyszłam tu na konsultację lekarską a nie spoufalanie się.
- Oczywiście. Rozumiem. To co? Zbieramy się na badanko?
   Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się niezbyt przekonująco.

*perspektywa Fabiana Drzyzgi*

   Nikołaj przyszedł na trening lekko przybity. Spytałem się, czy to oznacza, że jego kandydatura na mojego szwagra została wycofana, ale zaprzeczył. Wyjaśnił, że ma złe przeczucia, co do badań kontrolnych Ani i że żałuje, że nie może z nią tam być. Powiedziałem, że przecież i tak nie byłby w stanie w niczym pomóc, na co ona przytaknął niechętnie i uśmiechnął się lekko.
   Rozegrałem na drugą linię do Akhrema. Piłka była niedokładna, zdawałem sobie z tego sprawę. Na całe szczęście Aleh poradził sobie wyśmienicie.
- Fabi, co jest? - spytał, gdy cieszyliśmy się ze zdobytego oczka.
- Nic, wszystko gra.
- Nie jestem ślepy - mruknął mi na ucho. - Skup się.
- Tak jest, kapitanie!
- Też się o nią martwię - wyznał Pit. - W końcu to też moja siostra.
- Łapska precz! - zaśmiałem się.
    Po treningu, gdy już wszyscy się ubieraliśmy, podszedł do mnie Penchev.
- Nie mogę odebrać Ani ze szpitala. Coś pilnego mi wypadło. Strasznie cię przepraszam.
- Nic się nie stało, choć przyznam, że ja też nie mam możliwości. Jestem umówiony z Moniką, a ostatnio trochę ją zaniedbywałem. Piotrek?
- Chętnie, ale odpada. Ola mnie zamorduje z zimną krwią, jeśli kolejny raz przełożymy rezerwację w restauracji.
- O czym rozmawiacie? - wtrącił Matt, zabierając swoje rzeczy z szafki obok.
- Zwalamy na siebie obowiązek odbioru Ani ze szpitala.
- I co?
- Marnie. Żaden nie może - odpowiedział Nikołaj.
- Ja pójdę - zaoferował się Amerykanin. - Znam ją nie od wczoraj, a chyba nie wypada, by wracała sama - spojrzał na Bułgara. - Bezpiecznie odholuję ją do domu.
- Fabian, co o tym myślisz?
- To chyba najlepsze rozwiązanie. Poczekaj chwilę to podam ci adres szpitala.
   Zapisałam kilka słów na kartce i wręczyłem ją Mattowi. Zadzwoniłem do siostry, tłumacząc nieobecność moją, jej lubego i Pita i powiedziałem, kto odstawi ją pod sam próg mieszkania. Nie narzekała, ani nie miała pytań, wiec doszedłem do wniosku, że chyba "kurier" przypadł jej w miarę do gustu.

*perspektywa Anny Drzyzgi*

   Ujrzałam minę Marcina, a że trochę się na ludziach znam, to wiedziałam, że jego przypuszczenia się sprawdziły. Zagadką było to, co miał na myśli.
- To co mi jest?
- Nie wiem, jak ci to powiedzieć. To pierwszy taki przypadek w mojej karierze zawodowej.
- Długo jako lekarz raczej nie pracujesz. To zdążyłam zauważyć. A co do sposobu przedstawienia mi diagnozy... Poproszę prosto z mostu.
   Spojrzał mi prosto w oczy. Jego źrenice wyglądały, jakby ktoś przesłonił mu je szklaną ścianą.
- Będę szukał dla ciebie dawcy. Zrobię wszystko, byś wygrała tę walkę - rzekł łamiącym się głosem.
- Mam nowotwór?
- Potrzebujesz szpiku. Masz białaczkę.
   Pospiesznie otarł pojedynczą łzę spływającą po jego policzku.

*perspektywa Matta Andersona*

   Z gmachu szpitala wyszła Ania. W jej oczach można było dostrzec szok pomieszany ze strachem. Stanęła przede mną, wbijając wzrok w chodnik.
- Coś się stało? - po raz kolejny się o nią martwiłem.
- Możemy teraz o tym nie rozmawiać? Wszystko ci wyjaśnię, ale dopiero, jak sama to pojmę. Póki co mój umysł tego nie jest w stanie ogarnąć.
- Oczywiście. Chodź, zaparkowałem parę metrów stąd.
   Przytaknęła i ruszyła za mną.
   Dotarliśmy do samochodu. Chciałem otworzyć jej drzwi od strony pasażera, ale złapała mnie za przegub. Zerknąłem na nią. Jej wzrok był nie obecny, skierowany w ciemny punkt na rzeszowskim horyzoncie, a ona całą dygotała.
- Zimno ci?
   Pokręciła głową, wciąż wpatrując się w to samo miejsce.
- Matthew... - zaczęła niepewnie.
- Tak, Aniu?
- Przytul mnie, dobrze? Po prostu mnie przytul - gdy wypowiadała te słowa na jej twarzy uwidoczniły się słone strumyki.
   Na ułamek sekundy przymknąłem oczy i pochwyciłem ją w ramiona, całując w czubek głowy. Oplotła mi ręce wokół pasa i jeszcze mocniej przyciągnęła mnie do siebie.
   Jedno jest pewne, byłaby o wiele bardziej zadowolona, gdybym był Nikołajem, ale w tej sytuacji potrzebowała bliskości. Szczególnie duchowej. Takiego niewidocznego wsparcia. Tyle mogłem jej zaoferować bez wyrzutów sumienia względem kumpla z klubu.

Trochę się skomplikowało, ale nie martwcie się. Tak ma być i będzie.
Czasami człowiek potrzebuje spojrzeć na czyjeś nieszczęście, żeby uświadomić sobie, jak wiele posiada.
Dla mnie to opowiadanie jest takim pryzmatem nieszczęścia i szczęścia w jednym.
Jeśli cokolwiek Wam się nie podoba to śmiało piszcie. Tylko, że ja zawsze chodzę swoimi ścieżkami i bardzo rzadko kieruję się opiniami innych.
Wręcz nigdy.

Chciałam Wam podziękować za wszystkie wejścia i komentarze. Oczywiście mam nadzieję, że będzie ich o wiele więcej, a macie na to jeszcze około siedmiu tygodni.
Powoli się żegnamy, Kochani.
Jesteśmy już o wiele bliżej końca niż początku.

Zastanawiam się nad zawieszeniem/usunięciem drugiego bloga z Andrzejem Wroną, ponieważ nie widzę zbytniego zainteresowania tamtą historią.
Szkoda, sądziłam, że zdołam Was zaintrygować.
Jeśli chcecie zobaczyć, czy warto przejąć się drugą historią wypływającą spod moich palców to...
Zapraszam tutaj: KLIK.

Z mojej strony to chyba tyle. Wiem, że już Was zanudziłam, ale musiałam trochę się pożalić, bo jestem cholernie zmęczona, a to jednak daje ukojenie.

Pozdrawiam, Zuza.

piątek, 21 marca 2014

Dziesięć

*perspektywa Matta Andersona*

   Wyszedłem z szatni i, gdy tylko ujrzałem Anię, przygwoździłem ją do ściany, mówiąc wściekle:
- Do jakich, kurwa, Włoch?!
- Zostaw ją! - krzyknął Nikołaj, odciągając mnie od dziewczyny.
- Niki, jest okay! Daj mu spokój.
   Spojrzał na nią niepewnie, kątem oka uważnie mnie obserwując.
- Jest okay. Idź już na trening. No, idź. Nikołaj, wszystko gra. Możesz iść.
- Rzucił tobą, jak marionetką. Jesteś pewna, że chcesz tu zostać sama?
- Tak, jestem pewna. Idź.
   Penchev zmierzył mnie od góry do dołu i wykonał polecenie.
- Do jakich Włoch?! - wysyczałem, gdy zniknął mi z pola widzenia.
- A co? Nie wiesz, gdzie są Włochy? Podpowiem: zachodnia Europa, półwysep Apeniński, nad morzem... Ciepło, słońce non stop...
- Nie rób ze mnie idioty.
- Nie robię. Sam sobie świetnie radzisz, przyznaję.
- Dlaczego mi to robisz?
- Nic ci nie robię. Sam się krzywdzisz, człowieku.
- Słuchaj... Ja... Ja się wtedy w tobie... Ja się w tobie zakochałem.
- Daj spokój, to była jedna noc.
- Dla mnie wystarczyło - powiedziałem stanowczo. - Jesteś kobietą, o której najwięcej myślałem, oczywiście proporcjonalnie, bo na jedną noc przypadały dwa lata rozmyślań, poszukiwań, analiz... Jesteś jedyną, która wywołuje we mnie takie emocje, a uwierz mi trochę istot pięknych poznałem w moim życiu.
- Nie wątpię.
- Nie rozumiem, dlaczego mnie zostawiłaś, porzuciłaś... Jak zwierzę. Czy ja ci coś zrobiłem?
- Oprócz dziecka to nie.
- Cios poniżej pasa.
- Dobra, dobra. Nic mi nie zrobiłeś.
- Właśnie. Szukałem, rozmyślałem, wspominałem. Pamiętam twój każdy gest, każde słowo, każdy milimetr kwadratowy twoich tęczówek, perfumy, których używałaś, ciuchy, które na sobie miałaś... Wszystko. A co mi z tego zostało? List. Zero kontaktu. Gdybyś chociaż mi powiedziała, że to była jednorazowa przygoda i że już nigdy się nie spotkamy, ale nie! Napisałaś ten cholerny list! - uderzyłem dłońmi w ścianę parę centymetrów od jej głowy.
- Chciałeś mnie bronić przed moim narzeczonym, a sam jesteś nie lepszy! Gdyby nie twoja pozycja w świecie i fakt, że to jest miejsce publiczne, najchętniej pewnie poderżnąłbyś mi gardło - jej wzrok przeszywał mnie na wskroś. - Chciałeś mnie bronić przed kimś, a czy potrafisz przed sobą?
- Mówią, że granica między miłością i nienawiścią jest bardzo cienka.
- Chyba właśnie ją przekroczyłeś, Anderson.
- Przekraczałem ją wiele razy. Nawet podczas meczów. Gdy budziła się we mnie nienawiść, wyżywałem się na każdej piłce, wszystko kończyłem... Gorzej było w drugą stronę.
- Chcesz powiedzieć, że przeze mnie przegrywałeś mecze?!
- Nie, przez siebie, bo nie potrafiłem o tobie zapomnieć. Wracałaś, jak najgorszy koszmar.
- I vice versa. Poza tym, ja żyłam ze swoim największym koszmarem.
- Mogłaś być ze mną, ale mnie zostawiłaś.
- Wszystko miało się zmienić, zrozum. Miałam narzeczonego, tak na marginesie. Jak miałam zakończyć ten związek? Przez Internet? Oszalałeś?
- Ze mną skończyłaś przez skrawek papieru.
- Z tobą nawet nie byłam. Z resztą... To miała być jego ostatnia misja. Miał wrócić, zacząć leczenie u psychologa czy też psychiatry. Kochał mnie, a katował tylko dlatego, że nie wytrzymywał psychicznie. Wiesz, jakie to uczucie, kiedy ktoś podnosi na ciebie rękę, a w oczach ma wymalowaną miłość, przeprosiny i prośbę wybaczenia? Nie? Okropne, uwierz mi. Zawsze robił to tak, by nie było tego widać na boisku, bo wiedział, że nie zrezygnuję z siatkówki. Był żołnierzem, sam wybrał sobie taki zawód, to prawda, ale pojechał do Afganistanu, ponieważ miał amerykańskie obywatelstwo. Walczył w barwach twojej ojczyzny. Twojego przeklętego kraju! Wyobraź sobie, że nie codziennie człowiek budzi się ze świadomością, że kogoś zabije lub zginie z czyiś rąk. To te czubki z Kongresu zgotowały mu taki los! Jemu i mnie. Teraz już wiesz dlaczego z tobą nie zostałam? Musiałam go wspierać.
   Poczułem, jak do moich oczu wdziera się strach. Po raz kolejny strach o nią.
- Przepraszam, nie wiedziałem, że tak to wyglądało - zrobiłem krok w jej stronę.
- A skąd miałeś wiedzieć? - spytała jadowicie, zaciskając powieki.
- Przepraszam. Tak mi przykro - wyciągnąłem rękę w jej stronę, ale zatrzymała mnie gestem otwartej dłoni.
- Nie dotykaj mnie i nigdy, ale to nigdy, mi nie współczuj - spojrzała na mnie. - Te swoje przeprosiny i pokorę to wiesz, gdzie możesz sobie wsadzić. Daj mi święty spokój. O to ci chodziło?
- Kocham cię... Tak bardzo cię kocham.
- Matthew, dla mnie to była jedna noc. Istotna, ale jednak jedna. Gdybym mogła cofnąć czas... Znalazłabym w sobie siłę, by tego nie powtórzyć. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że zdradziłam mężczyznę, z którym byłam zaręczona, bez względu na to, czy mnie bił czy nie. A ty... Ty jesteś mi winny zrozumienie, bo możliwe, że to ty zająłbyś jego miejsce w armii. Wszystko mogłoby się zdarzyć.
- Ja cię na prawdę kocham - próbowałem dotknąć jej policzka, ale chwyciła mnie za przegub.
- Zabrzmię, jak ostatnia suka, ale trudno... Musisz z tym żyć, Matthew, musisz z tym żyć.
- Szkoda, że nie mogę u twego boku.
- Daj spokój. Idź na trening.
- Choć ze mną na halę.
- Zaraz przyjdę.
   Oddaliła się.

*perspektywa Anny Drzyzgi*

   Weszłam na halę i zajęłam jedno z miejsc na trybunach. Matt stał pod siatką, czekając na zagrywkę kolegi z klubu.


   Piłka uderzyła w boisko. As serwisowy.
- Wszystko okay? - krzyknął Penchev.
   Przytaknęłam, uśmiechając się sztucznie, a gdy tylko odwrócił wzrok, spojrzałam na Andersona i pokręciłam głową. Spojrzał w dół, a ja z ruchu jego warg wyczytałam "I'm sorry. I'm so sorry".
- Nigdy mi nie współczuj - powtórzyłam szeptem.

*perspektywa Nikołaja Penczewa*

   Wszedłem do szatni i od razu stanąłem przez Mattem, czekając na wyjaśnienia. Reszta zespołu udała się pod prysznice.
- O co ci chodzi? - spytał Amerykanin, zerkając na mnie jednym okiem.
- Jak ty ją potraktowałeś? Zachowałeś się, jak ostatni cham. Gdyby nie fakt, że oboje musimy być w pełni sprawni, to już dawno sprzedałbym ci prawy sierpowy z nadwyżką.
- Ją już przeprosiłem. Ciebie również przepraszam.
- Dlaczego rzuciłeś nią, jak marionetką?
- Impuls, afekt, jak ja mam to nazwać? Poniosło mnie. Najzwyczajniej w świecie mnie poniosło.
- Jakby na meczu cię poniosło to zrzuciłbyś sędziego ze stołka?
- Trochę za wysoko, ale w Rosji czasami niewiele brakowało.
- Nie obracaj tego w żart. To, jak potraktowałeś Anię, nie ma prawa się powtórzyć. Po pierwsze jest kobietą i z góry należy jej się szacunek, a po drugie z Fabianem lepiej nie zadzierać, bo piłki na boisku nie dostaniesz.
- Jasne. Będę uważał, mamo. Jeszcze raz przepraszam - wstał i poklepał mnie po ramieniu. - Dobry z ciebie kumpel.

W tym tygodniu punktualnie, a to za sprawą wolnego czasu, gdyż dziś nie miałam lekcji i byłam na targach edukacyjnych. Przyznam, że było fajnie i polecam wszystkim takie wypady. Na następne jadę pod koniec kwietnia, a może i wcześniej jakieś się zdarzą. Zobaczymy.

Jak przystało, nie jestem zbytnio zadowolona z tego, co Wam publikuję trochę wyżej. Wiecie, szału nie ma, dupy nie urywa, staniki nie latają, ale cóż. Taki już los bloggera.

Proszę Was o komentowanie, ponieważ to bardzo motywuje i przynosi iskierkę nadziei, na to, że moje wypociny kogoś cieszą i komuś się podobają. Proszę o szczere opinie!

Jeśli macie chwilkę to byłabym wdzięczna za kilka pytań (mogą być o blogi) i lajków
na moim Asku <klik>! :)

Pozdrawiam, ściskam i całuję, Zuza.